*2 lata wcześniej*
Kilka sekund potrafi doszczętnie zniszczyć komuś życie. Czasem czujemy się winni tego co się stało. Jakby jeden nasz ruch mógłby wszystko zmienić. Ale czy tak rzeczywiście jest? Wiele razy zadaję sobie to pytanie. Od początku miałam złe przeczucia związane z ich wyjazdem, ale wolałam siedzieć cicho. Dlaczego? Jeszcze by pomyśleli, że mam im za złe, że w moje szesnaste urodziny musieli wyjechać do Karoliny Północnej, żeby kręcić dalsze sceny filmu. A przecież tak nie było. Przywykłam już do tego. W końcu musieli rozwijać swoją karierę. Szkoda, że skutkiem tego, było spędzanie ze mną tylko kilku chwil. Mama zawsze była temu przeciwna, ale tata ją w tą wszystko pchał. Czasem czułam jakbym zupełnie ich nie znała, jakby sami dodali się do mojej listy nieznajomych.
W dniu ich wyjazdu, jak zwykle siedziałam przed telewizorem. Gdy „oni” byli w domu nigdy nie pozwalali mi tego robić. Uważali, że to ma na mnie zły wpływ. Skakałam po kanałach, w celu obejrzenia jakiegoś ciekawego programu. Dziwnym trafem pilot zaciął się na wiadomościach. Mówili o jakimś wypadku. Zrezygnowana zaczęłam podchodzić bliżej telewizora. Gdy mój palec znajdował się kilka milimetrów od przycisku, usłyszałam:
-Justin Anderson i Stephanie Edwards-Anderson, znani aktorzy, kilka minut temu zostali przewiezieni do szpitala, niedaleko ich rodzinnego domu. Nie mamy żadnych wiadomości o stanie małżeństwa.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i szybko wystukałam numer mamy. Nie odbiera. Nawet nie próbowałam dzwonić drugi raz. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nie próbowałam dodzwonić się do taty. Szczerze? Nigdy nie miałam z nim dobrych stosunków. Poczułam jak moje policzki robią się wilgotne. Pierwszy raz od kilku lat płakałam. Osunęłam się po ścianie, która stała za mną i zwinęłam się w kłębek. Dławiłam się własnymi łzami.
-Siedzę tu jak idiotka, nie wiedząc co się dzieje z moimi rodzicami- skarciłam siebie samą.
Minęła chwila zanim ponownie udało mi się ustać na nogach. Chwiejnym krokiem podeszłam do wieszaka. Wzięłam błękitną kurtkę, założyłam buty i wybiegłam z domu. Szpital znajdował się dwie ulice dalej. Nogi same mnie tam zaniosły.
-Gdzie leżą moi rodzice?- spytałam, przełykając łzy. Nie musiałam mówić o kogo mi chodzi. W całej Argentynie mnie znali.
-Stephenie leży na sali numer 116- powiedziała blondynka.
Bez problemu znalazłam tą salę. Bez nikogo zgody weszłam do środka. Mama leżała podłączona do kilku maszyn. Gdy dotknęłam jej dłoni, oczy mojej rodzicielski same się podniosły.
-Czekałam na ciebie- wyszeptała.
-Dlaczego?- spytałam, czując jak kolejna porcja łez ciska mi się do oczu. Z trudem je powstrzymałam.
- Muszę... powiedzieć... ci prawdę- powiedziała z trudem.
-Nie rozumiem- załkałam.
-W Londynie masz siostrę. Nazywa się Edwards...
Maszyny zaczęły piszczeć. Do środka wbiegło kilku lekarzy. Jedna z pielęgniarek siłą wyciągnęła mnie na korytarz. Bezsilnie usiadłam na krześle, które stało obok sali. Podparłam ręce na kolanach i schowałam twarz w dłoniach. Zaczęłam płakać jak jeszcze nigdy. Na barkach poczułam czyiś dotyk. Rozejrzałam się. Nikogo nie zauważyłam. Powoli chyba zaczynam wariować.
*Teraźniejszość*
Dzisiaj kończę osiemnaście lat. Nareszcie będę mogła zacząć poszukiwania mojej siostry. Po śmierci rodziców prawa rodzicielskie przejął Xabiani, brat mojej mamy. Bardzo go polubiłam, ale nie chce całe życie siedzieć mu na głowie. Czas zacząć żyć na własny rachunek, a wyjazd stąd będzie najlepszym rozwiązaniem.
-Pasażerowie lotu Argentyna- Londyn są proszeni na pokład samolotu. Życzymy miłego dnia- zakończył swoją przemowę kierownik lotniska.
Zaczęłam przypominać sobie wszystko, co działo się przez te dwa lata. Nim się obejrzałam, siedziałam już na swoim miejscu. Odgoniłam od siebie wspomnienia. Zaczynam nowe życie z daleka od moich bliskich.